Zdarza się jej jeszcze czasami zostawić w otwartym kabriolecie telefon komórkowy. Na przytomną uwagę koleżanki, rodowitej mieszkanki Luksemburga, gdy po kilku godzinach telefon jest jeszcze na swoim miejscu: “Masz szczęście, że w pobliżu nie było Polaków”, reaguję tylko pełnym zmieszania uśmiechem… Bo cóż można odpowiedzieć, gdy na co dzień współpracuje się z wymiarem sprawiedliwości i dobrze wie, że od kiedy do Luksemburga zaczęli przyjeżdżać masowo nasi rodacy, wyraźnie pogorszyły się statystyki dotyczące kradzieży. Jest to tym bardziej deprymujące, że w kraju ludzi pracowitych, solidnych i uczciwych, jakim jest Wielkie Księstwo, przywłaszczanie sobie cudzego mienia uznaje się za jedno z najbardziej odpychających przestępstw…Danuta Stypuła, tłumacz przysięgły języka francuskiego, coraz częściej musi się wstydzić za rodaków, choć przyznaje, że stara polska emigracja cieszy się tam doskonałą opinią.
Od geografa do tłumacza
Ona sama trafiła na luksemburską ziemię z powodu… francuskiego bezrobocia. Absolwentka geografii na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie bardzo chciała znaleźć w Polsce pracę związaną z ochroną środowiska, lecz jej się to nie udało. Potem z powodów rodzinnych wyemigrowała do Francji. Osiedliła się w Charleville w Ardenach, gdzie - na kursach i jako samouk - szybko przyswoiła sobie francuski. - Chciałam znaleźć pracę, a w moim zawodzie geografa nie było to wówczas we Francji możliwe. Tamtejsza administracja potraktowała mnie jednak niezwykle życzliwie. Zaproponowano mi, bym podjęła studia w kierunku ekonomii, prawa i administracji, po których - jak zapewniono - będę mogła znaleźć pracę - wspomina Danuta Stypuła początki swojej przygody z emigracją.
Tak się jednak nie stało. Po ukończonych studiach podjęła zatem współpracę z francuską Izbą Handlową - jako tłumacz. Szybko zdała uprawniający ją do wykonywania tego typu pracy egzamin państwowy. Jednak po pewnym czasie bezrobocie w Ardenach pchnęło ją do poszukiwania zajęcia w nieodległym Luksemburgu.
Znalazła pracę w firmie, która, handlując winami, eksportowała je także do Polski.
- Zdecydowałam się na dojazdy. Dwa razy w tygodniu pokonywałam, rano i wieczorem, odległość 150 km. Podobnie postępowało wielu Francuzów. Bezrobocie w Ardenach, tuż po zamknięciu hut stali, jedynej na tych terenach gałęzi przemysłu, wynosiło wówczas ok. 30 proc. - opowiada emigrantka z Polski.
Dopiero w 1996 r. udało jej się znaleźć stałą pracę w Luksemburgu. Pracując jako redaktor wydania w RTL 7, przygotowywała programy dla stacji szwajcarskiej i austriackiej, w czym pomogła jej dobra znajomość języka niemieckiego. W telewizji pracowała do 2003 r.
Dopiero od niedawna prowadzi własną firmę - jako tłumacz przysięgły języka francuskiego. Współpracuje z różnymi spółkami prowadzącymi interesy z Polską, z luksemburskim wymiarem sprawiedliwości, który w przypadku konieczności przesłuchania Polaka, czy to na policji, czy przed sądem, prosi ją o tłumaczenie zeznań podejrzanego. Od stycznia tego roku świadczy również usługi na rzecz nowo otwartej Ambasady RP w Luksemburgu.
Bogate doświadczenia we współpracy z Luksemburczykami pozwalają jej na sformułowanie opinii, że są to niezwykle uczciwi, solidni i kompetentni szefowie i współpracownicy.
- Stosunki w pracy są raczej nieformalne, koledzy mówią sobie po imieniu. Każdy stara się jak najlepiej wykonywać swoje obowiązki. Luksemburczycy bardzo wiele wymagają od siebie i tego samego oczekują od innych. Potrafią docenić rzetelną pracę i starają się pomóc, np. dając jakieś zlecenia komuś, kto pracuje dobrze i uczciwie, a na przykład nie najlepiej mu się wiedzie. Można ich jednak raz na zawsze zrazić do siebie niedotrzymaniem słowa, terminu w ważnej sprawie - opowiada Polka z Luksemburga. - Na renomę, przyjaźń, trzeba sobie zapracować. Luksemburczycy mają niewielu przyjaciół, ale są to prawdziwe przyjaźnie, a nie powierzchowne znajomości.
Barierą niełatwą do pokonania, także dla rodowitych mieszkańców, jest uzyskanie zaproszenia do kogoś do domu. Ludzie żyją niejako sami dla siebie, dla swoich bliskich, a jeśli się już z kimś spotykają, to czynią to raczej w różnych klubach, np. sportowych czy w kółkach zainteresowań, np. teatralnych, muzycznych itd.
Wywodząca się najczęściej ze Śląska i z okolic Poznania “stara”, czyli przed- i powojenna polska emigracja cieszy się w Luksemburgu bardzo dobrą opinią. - Polacy uchodzą za rzetelnych pracowników, ponadto potrafili świetnie się wkomponować w zupełnie nowe dla nich i odmienne środowisko. Nauczyli się luksemburskiego. Zresztą i teraz ktoś, kto przyjeżdża tutaj do pracy z myślą, żeby osiedlić się na stałe, uczy się miejscowego języka, postępuje zgodnie z przyjętymi normami i zwyczajami i dlatego szybko zostaje zaakceptowany - opowiada Danuta Stypuła. - Polacy są lubiani, w przeciwieństwie np. do Francuzów, którzy uważają, że cały świat powinien kręcić się wokół nich, m.in. także ucząc się ich języka. Niektórzy z nich, mieszkając w Luksemburgu od lat, nie potrafią nawet zdania wypowiedzieć po luksembursku…
Przyjezdnych do pracy nie jest jednak zbyt wielu. Tamtejszy rynek pracy, przy 5-proc. bezrobociu, nie obfituje w oferty zatrudnienia. Ostatnio zdarzają się np. propozycje pracy dla bankowców, finansistów, ale muszą to być ludzie władający biegle językami: francuskim, niemieckim i luksemburskim.
Polak ma szanse na zatrudnienie w Luksemburgu, jeżeli tutejszy pracodawca udowodni, że pracownik znad Wisły jest mu niezbędny, gdyż z uwagi na wyjątkowe kwalifikacje, jakie posiada, nie może go zastąpić rezydent Luksemburga ani też mieszkaniec Francji, Belgii i Niemiec, graniczących z Wielkim Księstwem, z którymi Luksemburg podpisał umowy o pierwszeństwie w dostępie do swojego rynku pracy.
W Luksemburgu pracuje się i mieszka spokojnie, bezpiecznie. - Jeszcze niedawno było tu w zwyczaju pozostawianie na zewnętrznym parapecie okiennym portmonetki z pieniędzmi dla obwoźnych sprzedawców chleba, jajek i mleka, którzy sami wyjmowali sobie należność i wydawali resztę. Nikt z przechodniów nie tknął tych pieniędzy. Wielu ludzi, choć coraz rzadziej, zostawia na ulicy otwarte samochody albo nie zamyka na noc drzwi na taras - opowiada Danuta Stypuła. - Szkoda, że od kiedy zaczęli tu częściej pojawiać się Polacy, robi się coraz mniej bezpiecznie. Nasza opinia narażana jest na szwank przez cwaniaków. Coraz częściej przyjeżdżają tu zorganizowane szajki, wyposażone w narzędzia, pozwalające włamywać się do sklepów i do mieszkań. Złodzieje dysponują np. specjalnymi torbami, za pomocą których udaje im się pokonywać bez przeszkód bramki w supermarketach i wynosić z nich np. sprzęt elektroniczny.
Trzy lata temu, wkrótce po tym, jak policja zatrzymała grupę Polaków włamującą się do aut, jedna z gazet napisała, że liczba kradzieży radioodtwarzaczy spadła o… 98 proc. Polacy są sprawcami trzech czwartych kradzieży w Luksemburgu i słyną ze złodziejstwa, tak jak mieszkańcy byłej Jugosławii ze swojego wybuchowego temperamentu i skłonności do awantur i ulicznych bójek.
Równi i równiejsi
Ważnym tematem w życiu Luksemburga jest Unia Europejska, gdyż Wielkie Księstwo to siedziba wielu instytucji unijnych, co ma swoje zalety, ale też i wady. Już szeregowi urzędnicy europejscy zarabiają nieźle. Urzędnicy mianowani, pracujący od paru lat, inkasują miesięcznie często powyżej 5 tys. euro; zarobki szefów departamentów przekraczają nawet 10 tys. euro (dodajmy od razu, że pracownicy z nowych krajów członkowskich, w tym Polski, dostają znacznie mniej, bo ok. 2 tys. euro). Napędza to gospodarkę - urzędnicy dużo zarabiają, więc dużo też wydają na luksusowe towary i usługi, jednocześnie jednak sztucznie zawyża średnią krajową dochodów “zwykłych” mieszkańców Luksemburga, z których wielu zarabia ok. 2 tys. euro, a początkujący w zawodzie są wynagradzani nierzadko na poziomie minimum socjalnego, wynoszącym 1503 euro miesięcznie. Wysokie dochody eurourzędników mają ponadto wpływ na wzrost cen wielu towarów i usług, przede wszystkim czynszów, nieruchomości itd.
10 sierpnia tego roku “Luxembourger Wort” (”Słowo luksemburskie” - główny miejscowy dziennik) w artykule pt. “Złudzenia i rozczarowania w zwalczaniu biedy w Luksemburgu”, podał, że według danych zwalczającej biedę organizacji EAPN (European Anti Poverty Network) aż 11,4 proc., czyli ponad 50 tys. mieszkańców Wielkiego Księstwa żyje poniżej granicy ubóstwa. Wielu spośród otrzymujących najniższe wynagrodzenie nie może sobie pozwolić na odpowiednie mieszkanie.
Miesięczny koszt wynajęcia niewielkiego lokum to 600 euro, do tego trzeba doliczyć opłaty m.in. za gaz, elektryczność (ok. 150 euro miesięcznie), abonament telewizyjny (18 euro). Koszt najtańszego paliwa to 1,13 euro za litr. Na wyżywienie jednej osoby należy wydać minimum 200 euro w miesiącu. Ceny w hipermarketach są wyższe od francuskich i niemieckich, dlatego wielu mieszkańców Wielkiego Księstwa udaje się tam co tydzień na większe zakupy.
Życie w Luksemburgu może być przyjemne, ale jest to też kraj, w którym pogoda panuje przede wszystkim dla bogaczy.